Jedni ciągle zabiegają o miłość, inni zrezygnowali. Dlaczego?

Jedni ciągle zabiegają o miłość, inni zrezygnowali. Dlaczego?
(fot. depositphotos.com)

Kilkanaście osób w jednej sali. Warsztaty poświęcone poznaniu swojego krytyka wewnętrznego, głosu, który nas często ściąga w dół i przypomina o błędach czy potknięciach. Jesteśmy już po kilku godzinach pracy. Po wielu ćwiczeniach, które są trudne, bo wymagają konfrontacji z tym, co myślimy o swoich cechach, wyglądzie, o swojej wartości.

Po żmudnym przedzieraniu się przez gąszcze własnych przekonań, po odważnym dzieleniu się z drugą osobą tym, co myślimy o sobie może się wydawać, że już nic nas bardziej nie złamie. Nagle prowadząca mówi: jest jedna, jedyna rzecz, która różni osoby ciągle zabiegające o uwagę, miłość i akceptację od tych, którzy już o to nie walczą, bo czują się kochani. Ci drudzy wierzą, że są warci miłości, szacunku i przynależności.

Miłość warunkowa

Kiedy padają te słowa, mamy w oczach łzy. Dociera do nas, że wszystkie nasze wysiłki i „zasługiwanie” są po nic, bo najważniejsze i tak dokonuje się w sercu: decyzja, czy uwierzę i przyjmę moją wartość i godność, czy po raz kolejny tę prawdę odrzucę. To jest wejście na całkowicie nową drogę, wymagającą odrzucenia wszystkich warunków, jakie nieświadomie sobie postawiliśmy. Przecież każdy z nas przyszedł tu z jakimiś założeniami o tym, co musi zrobić lub co ukryć, by być wystarczająco dobry, mądry, dojrzały… Ile razy myślimy o sobie, że będziemy wartościowi dopiero, gdy będziemy w małżeństwie? Gdy urodzimy córkę lub spłodzimy syna? Kiedy schudniemy kilka kilogramów i zmieścimy się w strój kąpielowy sprzed pięciu sezonów? Kiedy wyciśniemy z siebie więcej na siłowni, zdobędziemy awans w pracy lub dostaniemy podwyżkę?

Wierzymy w te warunki, niczym Sherlock Holmes gromadzimy dowody na to, że jeszcze nie zasługujemy na bycie kochanym i zaakceptowanym. A jest dokładnie odwrotnie! "Jesteśmy wartościowi już teraz. Nie „kiedyś” czy „jeśli”. Jesteśmy w tej chwili warci miłości i przynależności. Właśnie teraz. Już”. To słowa dr Brene Brown, autorki m. in. książki „Dary niedoskonałości”, która cały swój dorobek naukowy poświęciła poszukiwaniu tego, co nas oddala od przyjęcia tej prawdy. Już ponad 10 lat przygląda się tak trudnym tematom jak: wrażliwość, wstyd, odwaga bycia autentycznym. Jej praca badawcza początkowo doprowadziła ją do załamania psychicznego, kiedy zdała sobie sprawę, że żyje zupełnie na odwrót niż ci, których nazwała „żyjącymi pełnymi sercami”.

DEON.PL POLECA

Były to osoby przekonane o własnej wartości, pełne wewnętrznego pokoju, radości i wdzięczności. Takie, które potrafiły przeżywać głęboko szczęście i cierpienie, radość i smutek, zabawę i żałobę. A przede wszystkim zamiast używać osądów czy sarkazmu, zamiast samowystarczalności i dopasowywania się do trendów wybierały bycie prawdziwymi, kontakt ze swoimi emocjami i akceptację własnej niedoskonałości. Prowadzone przez dr Brene Brown badania pokazały wyraźnie, że sama „głowa” nie wystarczy, by dobrze przeżyć swoje życie. Potrzeba jeszcze serca – najpierw do pokochania siebie z całą wrażliwością i niedoskonałością, a potem do kochania innych z ich pięknem i słabościami.

Jesteśmy wartościowi już teraz. Nie „kiedyś” czy „jeśli”. Jesteśmy w tej chwili warci miłości i przynależności. Właśnie teraz. Już

Przebudzenie uśpionych związków

Czy nie można by prościej? Pytasz mnie pół żartem, pół serio, ale przecież wiemy, że jest alternatywa. Można prościej: da się tworzyć związek bez szczerości, bez zaufania, da się przeżyć wiele lat, nie znając siebie nawzajem. Nie jestem tylko pewna, czy wtedy umierając, można być szczęśliwym, czy raczej rozżalonym i pełnym smutku, bo coś nam bezpowrotnie umknęło. Takich związków widzę wkoło bardzo wiele. Są razem, mają dzieci, wspólnie wyjeżdżają na wakacje. Toczą dyskusje o polityce, podwyżkach cen, kolejkach w NFZ-ecie lub o sąsiadach. Wymieniają się informacjami: co w pracy, co w szkole, co kupić, gdzie kogoś podwieźć. Tylko o sobie rozmawiają coraz mniej. Zatrzymali się na etapie zakochania, kiedy jeszcze chciało im się siebie poznawać i kiedy wypadało pytać się o to, co dla nas ważne, czym żyjemy, kim jesteśmy. Teraz prościej jest przyjąć, że nic się przez ten czas nie zmieniło, i że „jest dobrze tak, jak jest”, lub „lepiej się nic nie odzywać, bo on / ona się tak szybko denerwuje”.

Gorzej, gdy ona poważnie zachoruje i pojawi się widmo śmierci.

Gdy on, który zarabiał więcej, nagle straci pracę, a tu jeszcze tyle kredytu do spłacenia.

Gorzej, gdy trzeba będzie się przeprowadzić i jedno z nich zdecydowanie nie odnajdzie się w nowej rzeczywistości.

Gdy nadadzą już imię swojemu dziecku, a lekarz poinformuje o poronieniu.

Gdy ona tak bardzo boi się kolejnej ciąży, że całkowicie unika zbliżenia.

Gdy on po wielu latach spotka przypadkiem swojego brata, z którym urwał kontakt po rodzinnym konflikcie.

Gorzej, gdy któreś przyzna się przed sobą, że takie same od lat niedziele stały się straszliwie nudne.

Lub gdy na horyzoncie pojawi się ktoś, kto zachwyci się za bardzo rzeczami, które dla męża lub żony dawno przestały mieć znaczenie.

To są sytuacje miażdżące, które mają potencjał wyrwać z letargu i coś przełamać. Tym, co je łączy, jest nie tylko moc przebudzenia uśpionych związków – wszystkie te momenty zmuszają nas do zobaczenia swojej wrażliwości i uznania tego, że nie jesteśmy tak silni czy twardzi, jak się nam wydaje. I chwała Bogu! W końcu najbardziej na świecie pragniemy być pokochani tacy, jacy jesteśmy, z naszymi lękami, trudnościami, niepowodzeniami. To wymaga odsłonięcia się i pokazania drugiemu niewygodnej prawdy o sobie. Paradoks polega na tym, że tego się też najbardziej boimy: że kiedy ujawnimy swoją niedoskonałość, druga strona nas odrzuci. Mamy tak głęboko wpisaną w serca potrzebę przynależności, że ryzyko odepchnięcia jest milion razy bardziej przerażające, niż skok na spadochronie czy wspinaczka bez asekuracji. Bycie osamotnionym boli co najmniej tak, jak operacja bez znieczulenia. Bycie niezrozumianym czy wręcz wyśmianym powoduje w nas paraliż i jeszcze mocniejsze obudowanie się skorupą.

Najbardziej na świecie pragniemy być pokochani tacy, jacy jesteśmy

Jak uznać swoją słabość?

To był jeden z tych sobotnich poranków, w których wszystko idzie nie tak. Wstajesz lewą nogą i potykasz się o własne kapcie. Zanim dotrze do ciebie, że to nowy dzień, słyszysz już dwadzieścia próśb i pytań z tym jakże wieloznacznym słowem „mamoooo”. Skarpetka nie ma pary, ktoś nie schował chleba po kolacji i ten zesechł się na kamień, a na domiar złego skończyła się kawa. Jakimś heroicznym wysiłkiem gromadzisz wszystkich przy śniadaniu i włączasz jak zwykle „Modlitwę w drodze”. Ale dzisiaj wszystko idzie nie tak, więc płacz najmniejszego i marudzenie starszego dziecka skutecznie zagłuszają ci słowa Ewangelii.

We mnie takie poranki powodują mieszankę wybuchową złości, pretensji, płaczu i kąśliwych komentarzy pod adresem każdego domownika. Oczywiście to tylko nakręca rozgardiasz i kakofonię dźwięków, a nas nastraja raczej do walki ze sobą niż współpracy. Tamtym razem mój mąż to zatrzymał – posprzątał po śniadaniu, zabrał dzieci na spacer, żebym mogła w ciszy się pomodlić i ponownie zacząć dzień. Ta historia skończyła się w najlepszy możliwy sposób, bo przyjęłam od niego pomoc. Bo uznałam moją słabość, wyczerpanie, bo dałam sobie prawo do odpoczynku i chwili dla siebie. Bo zamiast krzyczeć, że oszaleję, zamiast na własnych barkach dźwigać stereotyp matki Polki zawsze zaradnej, gotowej do poświęceń i broń Boże nie proszącej nikogo o wsparcie; posłuchałam swoich potrzeb.

Nie bez znaczenia jest, że mężowi chciało się zastanowić, co jest dla mnie teraz ważne, a nie obrzucać mnie pretensjami lub wyśmiać, że przejmuję się takimi błahostkami jak marudząca dwulatka. Zobaczył we mnie zmęczoną kobietę, a nie maszynę do gotowania, sprzątania i zajmowania się dziećmi. Nie oceniał, nie osądził, nie wypominał, tylko mnie przyjął z moim bezsilnym płaczem, zaakceptował taką rozedrganą.

Takie sobotnie poranki zdarzają się dużo częściej niż diagnoza – wyrok czy utrata pracy. Z takich błahych i łatwych do przegapienia sytuacji składa się nasza codzienność. A to w niej rozgrywa się walka pomiędzy odwagą do odsłonięcia tego, co przeżywamy; a chęcią schowania trudności jak najgłębiej. To jest właśnie sedno bycia autentycznym, to jest najbardziej istotna wskazówka do budowania głębokich i pięknych związków: by wybierać wrażliwość. By rozmawiać o tym, co się dzieje i nie udawać, że nas to nie rusza. By uznać, że nie jesteśmy doskonali i że mamy prawo się mylić, upadać, czegoś nie wiedzieć lub z czymś sobie nie radzić. Szczególnie mamy to prawo w związku, w którym wybieramy miłość, wierność i uczciwość. Można po prostu być razem, a można wygrać coś najpiękniejszego: relację opartą na prawdzie i poznawaniu siebie bez końca.

Propozycje ćwiczeń:

 

  1. Pomyśl o swoim związku: ile u was autentyczności? Czy w obawie przed żartami lub wyśmianiem ukrywasz swoje problemy przed partnerem/ partnerką? Czy drobnymi przytykami zamykasz usta swojej drugiej połowie, kiedy odważnie próbuje dzielić się z tobą tym, co przeżywa? Czy nie hamujemy się wzajemnie w okazywaniu radości, bo „inni patrzą, i co powiedzą”? Albo czy nie wycieramy w chusteczkę nieistniejącego kataru, byle ukryć łzy wzruszenia podczas składania sobie życzeń świątecznych?

  2. Wybierz jakąś sytuację z ostatniego miesiąca, która była dla ciebie trudna. Może zabolał cię jakiś komentarz bliskiej osoby, może oczekiwałeś / oczekiwałaś pomocy, a ktoś się tego nie domyślił? Wypisz na kartce emocje, jakie się wtedy pojawiły, czego potrzebowałeś/ potrzebowałaś od tej osoby i od siebie.

  3. Weź kartkę i spisz na niej, z czym sobie aktualnie nie radzisz, co cię przerasta, czego nie wiesz, nie potrafisz. Potem idź z nią na modlitwę i podziękuj za to, że każdy z tych obszarów jest miejscem do ćwiczenia się w odwadze bycia prawdziwym i tworzenia głębokich więzi z innymi ludźmi. A także do działania Boga, który z tych słabości może stworzyć piękne dary – ktoś może ci w czymś pomóc i zrobić coś dobrego?

* * *

Co usłyszysz, gdy zapytasz siebie o „szczęśliwy związek”? W czasie Adwentu razem z Moniką Chochlą, psychologiem, zmierzymy się z tym pytaniem. Zastanowimy się nad tym, po co warto być autentycznym w relacji, co to znaczy odwaga i zaufanie, i dlaczego w szczęśliwym związku nie trzeba za wszelką cenę być miłą i ładną kobietą albo mężczyzną „z jajami”.

Pozostałe teksty znajdziesz TUTAJ.

Żona, mama, psycholog i trener. Mówi, że jej drugie imię to pozytywność, bo jest jak radar wyczulony na nawet najmniejszy przebłysk nadziei. Prowadzi autorskiego bloga chcemisie.com.pl  i warsztaty dla kobiet oraz par poświęcone tematom wstydu, autentyczności i odwagi.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Są takie momenty, kiedy brakuje nam tchu.
Są takie chwile, kiedy nie mamy już na nic sił.
Są takie dni, kiedy trudno nam dostrzec nadzieję.

Nadziejnik, który trzymasz w swoich rękach, jest właśnie...

Skomentuj artykuł

Jedni ciągle zabiegają o miłość, inni zrezygnowali. Dlaczego?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.